O autorze
Od trzech lat mieszkam w Paryżu.
I jedną nogą … w Polsce.
Mój umysł usiłuje objąć obie te kultury.
Każdego dnia uczę się francuskiego, Francji i Francuzów. Staram się ich poznać i zrozumieć.
Politykę zostawiam z boku. Patrząc przez swoje niezbyt obiektywne okulary, z humorem przyglądam się życiu, ludziom i ich obyczajom.
Odrzucam stereotypy. Szukam własnego klucza na ten kraj i ludzi.
Odkrywam ich.
Kocham i nienawidzę. C`est la vie!
Co ja tu robię, tak naprawdę?
Jem, piję, wącham i smakuję Francję. To przygoda mego życia!

Gigantyczna zabawa w Haute Couture

Na godzinę przed oficjalnym rozpoczęciem przed drzwiami Manege Battesti w Paryżu spory tłumek ludzi. Dziennikarze stłoczeni w grupkę obserwują każdą twarz. W ogóle wszyscy wszystkich obserwują, bo a nuż to ktoś znany? Podjeżdżają limuzyny. Z ich środka wychodzi kilka pań z przerobionymi przez chirurga twarzami. Dołączają do tłumu. Po chwili wszyscy stanowimy jedną zbitą masę.

Ochroniarze pilnujący wejścia dwa razy posyłają nas pod inne drzwi. Tłumek biegnie razem, przy okazji przegrupowując się trochę. Ale z dziennikarzami nie mamy szans. Oni to robią od lat, wiedzą jak zająć dobrą pozycję. Muszą być pierwsi, bo za chwilę w innym miejscu miasta rozpocznie się nowy pokaz. W końcu od poniedziałku trwa w Paryżu Haute Couture Fashion week.

Zaproszenie na pokaz wiosenno-letniej mody Franka Sorbier zdobyła dla mnie koleżanka, która w Paryżu mieszka już od 12 lat. Dopiero teraz udało jej się spełnić największe marzenie swojego paryskiego życia: pójść na prawdziwy pokaz mody. Ja nawet nie wiedziałam, że to takie trudne. Ot, wydawało mi się, że po prostu trzeba kupić bilet… Wiele pokazów haute couture jest zamkniętych dla zwykłej publiczności, a jeśli już można wejść, to bilety kosztują naprawdę dużo. My kupiłyśmy bilety za prawie symboliczną kwotę na tutejszym Allegro.

Zaproszenie wygląda jak małe dzieło sztuki. Na czerpanym papierze, z jednej strony kolaż z postaci, z drugiej odręcznym pismem pięknie wykaligrafowane imię i nazwisko. Okazało się, że jestem Lidią, z rosyjsko brzmiącym nazwiskiem. To by się nawet zgadzało, bo wszyscy tutaj słysząc polski pytają: jesteś Rosjanką? Niestety moja towarzyszka dostała imię Mustafa, co w pewnym momencie zamknęło nam drogę do koktajlu po pokazie.
Nagle otwierają się drzwi i masa ludzi pcha nas do środka. Bilety są sprawdzane wyrywkowo, nasze w ogóle.

Frank Sorbier zaplanował swój pokaz w wielkiej, nieogrzewanej hali ujeżdżalni koni należącej do gwardii republikańskiej. Wybieg stanowi biało-czarna posadzka, po obu stronach udekorowana balonami w tym samych kolorach. Na końcu sali widać białe drzewa na czarnym tle. To stamtąd będą wychodzić modelki. Miejsca są imiennie opisane. W pierwszym rzędzie aktorzy, celebryci, kilku uczestników francuskiego „Big brothera”, jacyś tutejsi skandaliści, ludzie znani z tego, że są „ogólnie znani”, gwiazda opery z upudrowaną upiornie na biało twarzą, popularny transwestyta. Och tego, to mi naprawdę żal. Zamarznie tu niechybnie. Ma gołe nogi, sandałki na bardzo wysokich obcasach, sukienkę z rozcięciem i olbrzymim dekoltem.

Nasze miejsca są w czwartym rzędzie. Nie jest źle. Ale jest zimno. Z lansowania się i całych przygotowań przed lustrem, nici. Nikt nie zdejmuje kurtek i płaszczy. Czekamy. Opóźnione show kompensują nam celebryci, którzy co rusz wychodzą na parkiet pozować do zdjęć. Potem jest czas zdjęć dla blogerów piszących o modzie. Ubrani bardzo ekstrawagancko najpierw robią zdjęcia celebrytom, a potem sobie nawzajem. Dalej czekamy. Frank nie zaczyna. Dziennikarze się niecierpliwią, ponaglają gwizdami i okrzykami. Niektórzy wychodzą. Muszą biec na następny pokaz. Dzięki temu zdobywamy miejsca w pierwszym rzędzie! Musiałyśmy być bardzo szybkie, bo natychmiast kilka osób zerwało się w kierunku wolnych miejsc.
Wreszcie po 45 minutach spóźnienia zaczyna się show pod tytułem „Podróże”. Olbrzymi, pod sam sufit, drewniany Guliwer odwiedza państwa i kontynenty. Poruszany ze specjalnego wózka prze sześć osób, przemieszcza się do przodu sali. Każda modelka, która wchodzi jest w jakiejś interakcji z gigantem. Na chwilę się przy nim zatrzymuje, macha, posyła całusy. Wszystko to w rytmie bardzo dynamicznej muzyki nowozelandzkiej artystki.

Inspiracją dla sukien są kraje, które przemierza Guliwer. Suknie są w stylu etno, z dużą ilością bieli, falban, koronek, widać ręczną robotę. Modelki nawet niespecjalnie wychudzone, młodziutkie dziewczynki, może 16-17-letnie.
Sala dzieliła się na tych, którzy robili zdjęcia cały czas, nawet obiema rękoma, i na tych, którzy z kamienną twarzą oglądali pokaz. Czasami wydobyli z siebie jakieś małe „ach”, czasami lekkie brawa. To, ci którzy stanowią klientelę projektanta i są stałymi bywalcami takich imprez, i których zaraz limuzyna zabierze na następny pokaz. Pozostali, tak jak ja, byli tu po raz pierwszy…

Show kończyło się w Rosji. A jakże, Francuzi od lat kochają Rosjan i Rosję. Na scenę wkroczyła dziewczyna w stroju prawie ludowym. W czymś takim, co nie wejdzie do masowej produkcji, co może kupi ktoś ze snobizmu. I to ponoć odróżnia haute couture od rozpoczynającego się za miesiąc pret-a-porter, że prezentuje rzeczy unikatowe, bogato zdobione, robione na zamówienie pojedyncze sztuki .
Guliwer ukłonił się na pożegnanie, dołączyły do niego wszystkie modelki i na scenę wkroczył sam mistrz w stroju … farmaceuty!

Waham się, do której kategorii zaklasyfikować ten ubiór: haute couture czy pret-a-porter? W końcu białe fartuchy są już od dawna w produkcji seryjnej…
Trwa ładowanie komentarzy...