O autorze
Od trzech lat mieszkam w Paryżu.
I jedną nogą … w Polsce.
Mój umysł usiłuje objąć obie te kultury.
Każdego dnia uczę się francuskiego, Francji i Francuzów. Staram się ich poznać i zrozumieć.
Politykę zostawiam z boku. Patrząc przez swoje niezbyt obiektywne okulary, z humorem przyglądam się życiu, ludziom i ich obyczajom.
Odrzucam stereotypy. Szukam własnego klucza na ten kraj i ludzi.
Odkrywam ich.
Kocham i nienawidzę. C`est la vie!
Co ja tu robię, tak naprawdę?
Jem, piję, wącham i smakuję Francję. To przygoda mego życia!

Vive le lunch!

Uwielbiam oglądać Paryż w porze lunchu. Żeby wiedzieć, że jest południe nie trzeba patrzeć na zegarek. Punktualnie o 12 na ulice wysypują się tłumy ludzi.

Wszystkie lokale w mig się zapełniają, przed piekarniami ustawiają się kolejki głodnej młodzieży i robotników, których nie stać na pójście do restauracji czy bistra. Tak będzie do 14.00. Nie ma w tym czasie możliwości wypicia kawy. To marnowanie miejsca. Czasami, gdzieś tam, w samym kącie lub przy toalecie znajdzie się jakiś stolik dla odmieńców czy turystów, którzy nie jedzą o normalnej porze!
Lunch zawsze spożywa się w towarzystwie. Stoliki, przy których siedzi samotna osoba można policzyć na palcach jednej ręki. Płaszcz rzuca się byle gdzie, najczęściej na oparcie krzesła, bo w zwykłych restauracjach zazwyczaj nie ma stojaka na płaszcze. Nieważne, jak i gdzie się siedzi, jakiej wielkości jest stolik
(a przeważnie jest miniaturowy), ważne że z kimś i że można zjeść. No i, wypić oczywiście lampkę wina. To mnie zawsze zastanawia, jak oni to godzą z pracą?



Jest jeszcze jedna ciekawa sprawa związana z knajpkami. Nigdy, przenigdy nie wybiera się miejsca samemu. Zawsze trzeba czekać przy drzwiach na kelnera, który nam wskaże miejsce. Potem jak przyjeżdżam do Polski, to stoję cierpliwie i czekam aż ktoś mi powie gdzie mam usiąść… Ale po co, z drugiej strony, skoro w Polsce (możne poza Warszawą) w restauracjach jest przeważnie pusto i można zająć dowolny stolik? Francuskie restauracje w porze lunchu zapełniają się natychmiast. W środku i na zewnątrz, niezależnie od pogody.

W firmach nic tak nie ożywia sennej atmosfery w trakcie zebrania jak rozmowa o jedzeniu. Którą restaurację wybrać na spotkanie z klientem, na świąteczne przyjęcie firmowe? Jakie ma menu, czy ktoś ją zna, ktoś tam był, jakie są opinie, możne zrobimy jakieś Excela porównującego rożne oferty, możne głosowanie, a możne głosowanie, jak głosować? Kreatywność Francuzów jest wtedy nieporównywalna z jakimkolwiek zaangażowaniem w projekty zawodowe. W pracy, po ważnym szkoleniu nie ma pytań: jak było, co nowego zaprezentowano? Za to: jakie było jedzenie, podobno bardzo wykwintne, podobno kucharz miał jedną gwiazdkę? Ulala!!!

Na tę godzinę czy dwie Francja zawodowa zamiera. Oprócz piekarń, ciastkarni i sklepów nic nie działa. Wszystkie firmy mają przerwę obiadową. Nie ma takiego kryzysu w firmie, który byłby w stanie spowodować rezygnację z obiadu. Bo nie ma sprawy ważniejszej od jedzenia.
Kiedyś przyszli do mnie z dawna wyczekiwani robotnicy. Radość była ogromna bo we Francji ściągnąć do domu fachowca, to nie lada wyczyn! I niestety trwała krótko…
„Bonjour madame, będziemy od dzisiaj u pani naprawiać płot. Zostawiamy narzędzia. Wrócimy za dwie godziny. Po lunchu.”
Trwa ładowanie komentarzy...