O autorze
Od trzech lat mieszkam w Paryżu.
I jedną nogą … w Polsce.
Mój umysł usiłuje objąć obie te kultury.
Każdego dnia uczę się francuskiego, Francji i Francuzów. Staram się ich poznać i zrozumieć.
Politykę zostawiam z boku. Patrząc przez swoje niezbyt obiektywne okulary, z humorem przyglądam się życiu, ludziom i ich obyczajom.
Odrzucam stereotypy. Szukam własnego klucza na ten kraj i ludzi.
Odkrywam ich.
Kocham i nienawidzę. C`est la vie!
Co ja tu robię, tak naprawdę?
Jem, piję, wącham i smakuję Francję. To przygoda mego życia!

Bolączki, nasze wszystkie.

Od samego początku mojego pobytu we Francji czułam, że coś jest nie tak. Coś mi nie grało, nie pasowało w podparyskim miasteczku, w którym mieszkam. Coś było inaczej, ale nie potrafiłam określić, co to było? Nagle zrozumiałam, dlaczego czuję się tu dziwnie i nieswojo. Brak mi było reklam na ulicach!

W moim miasteczku prawie nie ma billboardów. Takich, do jakich przywykliśmy: wolnostojących, przyczepionych do budynków, zakrywających całe kamienice, z siatki, z metalu. Małych, dużych, reklamujących markety i super promocje. Nie widzę wielkich kawałów czerwonego mięsa w promocji, parasoli, mebli i ubrań, nie łasi się do mnie z olbrzymiego billboardu rozebrana prawie do naga dziewczyna. Nikt nie zachęca mnie do zakupu kątowników, kotła CO, węgla na opał czy wózka widłowego.

Ciekawa jestem jak bez tego radzą sobie lokalni przedsiębiorcy? Wulkanizatorzy, mechanicy, lodziarze, sklepikarze, ale też lekarze, dentyści i masażystka w klubie nocnym? Jak można się dowiedzieć o ich działalności bez zrobionych na kawałku dykty lub blachy tablicach rożnej wielkości, przyczepionych gdzie tylko się da? Do domów pięknych i brzydkich, do balkonów, na dachach, stojących na polach w środku trasy z północy na południe kraju. Czasami nawet, gdybyśmy byli zdziwieni, że ich nie ma, to dowiadujemy się z reklamy, że taka tablica tu może być, że tu jest dla niej miejsce. Wspaniale!
Bo przecież, jak tylko wyjedziemy trochę w Polskę i nie zobaczymy reklamy czy banera to po prostu zaraz ich nam brakuje, zaraz do nich tęsknimy. Tak bardzo, że chcemy by tu stanęły, na środku pola pszenicy lub koniczyny. To przecież cudowne móc tak zagospodarować całą przestrzeń, by wszędzie było COŚ!

We Francji, nie wiedzieć czemu, tego nie potrzebują. Wystarcza im reklama na przystankach komunikacji, nieliczne citylighty przypięte do słupów, gdzieniegdzie tablica informująca, że za kilka kilometrów będzie centrum handlowe. Architektoniczna nuda.



Zaś w telewizji i radiu brakuje mi we Francji reklam leków i paraleków. Nie słyszę tego i nie widzę. Znajoma Francuzka twierdzi, że powoli zaczynają się pojawiać, że drzwi dla koncernów farmaceutycznych już się uchylają. A jak wiadomo, noga włożona w drzwi powoli je otwiera… Jest nadzieja.

Na szczęście mam polskie radio internetowe i polską telewizję. Tylko dzięki nim mogę się dowiedzieć, jak sobie poradzić ze wszystkimi swoimi bolączkami zdrowotnymi. Jak pić, żeby nie mieć kaca, jak palić, żeby nie bolało gardło, jak obżerać się podczas imprez rodzinnych, żeby nie mieć wzdęć, zaparć i uczucia ciężaru. Także o nietrzymaniu moczu, hemoroidach, prostacie, problemach z pożyciem seksualnym. Jak schudnąć bez ćwiczeń i biegania, jakie najlepsze tabletki dać rodzicom i dziadkom w prezencie urodzinowym, bo przecież że to jest najbardziej pożądany przez nich prezent to chyba jasne? Wszystko po to, żeby nie musieć wykonać żadnego wysiłku, tylko przyjąć lek-cud, który poradzi sobie z każdym problem bez naszego udziału. Życie to jednak bajka!
Trwa ładowanie komentarzy...